Muszę się przyznać, że ostatnio przeniosłem trzy książki
Lance’a Armstronga z reprezentacyjnego miejsca na półce z ulubionymi lekturami,
w nieco bardziej ustronne miejsce. Choć nie miało to wielkiego znaczenia, bo
gdybym był chandlerowskim bohaterem to mógłbym powiedzieć o sobie, że nie
odwiedzają mnie tłumy. I muszę również przyznać, że nie tylko kibicowałem
Lance’owi Armstrongowi, ale byłem jednym z tych, których można nazwać
Wyznawcami. Wyznawcami Bossa z Austin, który pokonawszy śmiertelną chorobę,
wrócił do zawodowego kolarstwa i siedem razy, jak lubił mawiać, skopał tyłek
całemu światu, wygrywając Tour de France.
I pamiętam ten dzień, mniej więcej rok temu, kiedy wstałem
rano i zacząłem czytać w internetowych portalach streszczenie wywiadu
Armstronga jakiego udzielił Oprah Winfrey. I nadal nie wierzyłem. Dopiero,
kiedy na własne oczy zobaczyłem i usłyszałem, jak sześciokrotnie odpowiada
„Tak” na pytania Oprah o doping i o to, że wszystkie jego zwycięstwa w
najsłynniejszym z Tourów to, rzecz upraszczając, jedna wielka ściema, wtedy
uwierzyłem. I skoro już tak mi dobrze idzie w kwestii wyznań, to dodam, że
jeszcze w momencie zadawania przez prowadzącą tychże pytań, wierzyłem, że
Armstrong zaprzeczy, może nawet udowodni swoją niewinność, a przynajmniej w jakiś
sposób okaże się, że to wszystko, co wyczytałem w internecie, co znałem
wcześniej z raportu USADA, jest wielkim spiskiem skierowanym przeciwko mojemu
idolowi.
