Ads 468x60px

.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Bez ograniczeń - Chrissie Wellington - recenzja


W triatlonie można się zakochać, od pierwszego wejrzenia i na całe życie, wystarczy obejrzeć kawałek relacji z mistrzostw świata na dystansie Ironman rozgrywanych na Hawajach, żeby wpaść po uszy jak nastolatka w piątej klasie, która obiecuje koledze, że zostanie jego żoną.
Myślałem, że przelecę przez „Bez ograniczeń” niczym Chrissie Wellington przez swój pierwszy maraton, w 3 godziny i 8 minut, kto choć trochę w życiu przebiegł, ten wie jak szybko musiała biec. Tymczasem męczyłem się, jakbym biegł z grupą maratończyków amatorów, która będzie walczyć o zmieszczenie się w limicie czasu. Lektura zajęła mi ponad tydzień, już po 70 stronach umęczony byłem jakbym przy okazji w dwóch Ironmanach wystartował, przypominam: 3,8 km pływania, 180 km na rowerze plus maraton.




Przed rozpoczęciem lektury znałem całą drogę, jaką przeszła Chrissie. Od pracy dla rządu brytyjskiego, poprzez próbę zmieniania świata (jakże pociesznie brzmią jej refleksje), aż po zostanie w wieku trzydziestu lat zawodową triatlonistką. Cztery razy wygrywała mistrzostwo świata na dystansie Ironman, ani razu na tym dystansie nie poniosła porażki, przegrywała jedynie na krótszych triatlonowych dystansach, faktycznie najtwardsza kobieta na ziemi, jak bije po oczach podtytuł na okładce. Żadnych niespodzianek, wszystko wiedziałem, a Chrissie starała się mnie zaciekawić od początku swoją opowieścią, co było misją skazaną na niepowodzenie, bo żeby pisać, nie wystarczy być czterokrotną mistrzynią najtrudniejszego jednodniowego wyścigu na świecie, potrzeba również odrobiny talentu literackiego lub zatrudnienia ghostwritera, który pozbawiłby wzniosłe myśli Chrissie nadmiaru patosu.

Gdyby rozbić tę książkę na dwie części, które roboczo możemy nazwać: Chrissie zbawia świat oraz Chrissie i sport, to niestety okażę się, że dla kibica sportowego pierwsza część jest ciężkostrawnym gniotem, a część druga jest jedynie spisem zawodów, które nasza bohaterka zazwyczaj wygrywa, co przypomina rubrykę z wynikami w Przeglądzie Sportowym. I skoro Chrissie Wellington jak twierdzi: „Wszystko, co robię nie dość perfekcyjnie, traktuję jako słabość”, to pisanie kolejnych książek powinna sobie darować.




Dotychczas wszystkie książki Wydawnictwa Galaktyka połykałem w tempie dobrego treningu interwałowego, nawet „14 minut” Alberto Salazara, będącą bardziej książką o odnajdywaniu Boga niż o bieganiu. „Urodzonych biegaczy” Christopher McDougalla uwielbiam i przeczytałem ją już kilkakrotnie, i będę do niej wracał, tak jak wracam do „Jedz i biegaj”Scotta Jurka, natomiast książka Chrissie Wellington będzie prawdopodobnie pokrywać się kurzem na półce.


Miałem krótki okres fascynacji triatlonem, stąd wzięła się m.in. moja znajomość życiorysu Chrissie, nadal pamiętam o tej krótkiej, platonicznej miłości, tak jak pamięta się o miłościach ze szkoły podstawowej. I tylko dzięki temu sentymentowi polecam tę książkę, ale raczej fanom triatlonu. Ona nawet jako podręcznik motywacyjny, by „żyć bez ograniczeń” wypada słabo.

„Bez ograniczeń” Chrissie Wellington, Wydawnictwo Galaktyka, 2013

5 komentarzy:

  1. Nie jestem fanką triatlonu, raczej fanką dobrej literatury. Niestety, nie każdy ma talent pisarski. I dobrze byłoby, gdyby ktoś to uświadomił tym wszystkim znanym ludziom, którzy biorą się za pisanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka dziełem literackim nie jest, może chwilami czyta się ją ciężko, ale mnie jednak wciągnęła. Tzn. wciągnęła tak naprawdę od momentu, gdy Chrissie zajęła się zawodowo triathlonem pod okiem Bretta Suttona (bardzo ciekawa postać notabene). Wstęp o ratowaniu i zbawianiu świata rzeczywiście dłużył się niemiłosiernie, a Chrissie mnie chwilami wkurzała swoją naiwnością. Mimo to, osobie, która o Chrissie przedtem nie widziała nic (czyli mnie) rzucił ten przynudnawy wstęp światło na to, jakim ona jest człowiekiem, na jej nietypową osobowość, charakter, chorobliwy wręcz wewnętrzny przymus bycia najlepszą. Mnie opisy poszczególnych ajronmenów i zwycięstw Chrissie wciągały jak dobra paczka chipsów, których nie jem, do tego z początku z niedowierzaniem, później już z zaciekawieniem czytałam listy i maile Suttona, których styl był dość... oryginalny. Ja bym z takim osobnikiem nie wytrzymała ani chwili. Ale co by nie powiedzieć, dużo dzięki niemu osiągnęła, a może na takim poziomie ajronmena tego typu bodźce, nie tylko te fizyczne, ale i psychiczne są potrzebne (np. przebiec maraton na bieżni w klaustrofobicznej klitce). Piszesz, że książkę polecasz fanom triathlonu i może właśnie dlatego mnie zainteresowała, bo gdzieś ten tri mi już chodził po głowie. Czy mnie zmotywowała? Trudno powiedzieć, ale raczej motywacja wyszła ze mnie samej, nie potrzebowałam do tego książki.
    To chyba mój najdłuższy komentarz pod postem ever, to się więcej razy nie powtórzy, obiecuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat w tym względzie mogła skorzystać z przykładu Armstronga i wziąć sobie kogoś do pomocy przy pisaniu :-) Pewnie książka byłaby krótsza, ale sensowniejsza.
      A komentarz robi wrażenie - nie tylko długością :-)

      Usuń
  3. Triatlon nie leży w kręgu moich zainteresowań, ale polecę tę książkę mojemu kuzynowi.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój tata jest doświadczonym maratończykiem i pomimo tego, że nie jest zainteresowany triatlonem, podrzuciłabym mu tę książkę - gdyby tylko była dobra.

    OdpowiedzUsuń

 
stat4u
 
Blogger Templates