Ads 468x60px

.

sobota, 23 sierpnia 2014

Ciemno, prawie noc – Joanna Bator - recenzja


Gdybym był niepokornym dziennikarzem, albo takowym krytykiem, gdybym pracował w jakimś wSieciowym tygodniku, albo w takim, co to zawsze do rzeczy pisze, to na pewno nazwałbym Joannę Bator salonową pisarką, i w tym krótkim epitecie zawierałby się cały stosunek do jej osoby i nade wszystko do jej twórczości. A może nawet poszedłbym o krok dalej i nazwał ją przedstawicielką „ideologii gender”, albo jeszcze dalej i mianowałbym ją naczelnym ideologiem (bo przecież nie ideolożką!). To tak tytułem wstępu, a skoro wyzwiska mamy już za sobą, to możemy przejść do zasadniczej częśći wpisu, czyli recenzji powieści pani Bator „Ciemno, prawie noc”.


Mówiąc szczerze, nie licząc kilkunastu felietonów, które zdarzyło mi się przeczytać, „Ciemno, prawie noc” to mój pierwszy kontakt z twórczością Bator. I tak w ramach kolejnych wyznań, to muszę również przyznać, że przez wiele lat nie potrafiłem jej odróżnić od Grażyny Plebanek. Nie potrafiłem określić, która z nich napisała „Chmurdalię”, a która „Dziewczyny z Portofino”. Nie umiałem również rozpoznać żadnej z nich na zdjęciach. Aż do czasu, kiedy na stronie polityka.pl przeczytałem jej wypowiedź, powtórzoną później w magazynie "Książki", NR 4 (11) grudzień 2013. Wypowiedź cytuję w całości, bo jest, używając języka pani Bator, przecudowna:


Piszę tylko przy biurku, które stoi w miejscu, gdzie akurat mieszkam. Gdy jestem w drodze, nie piszę, nic nie notuję. To, co ważne, zapamiętam. Biurko musi stać naprzeciwko okna. Okno musi być odsłonięte. Żadnych firan i zasłon. Biurko musi być czyste, klawiatura przed pisaniem wypolerowana i lśniąca. Nigdy nie mam na biurku przypadkowych rzeczy i bałaganu. Zaczęłam pisać, gdy znalazłam harmonię i spokój, moje biurko to odzwierciedla. Przed pisaniem sprawdzam, czy wszystko jest na swoim miejscu. Na warszawskim biurku araukaria rośnie w starej chińskiej wazie, obok kocia czaszka, która przypomina mi o innych zwierzętach, które zżarłam, zanim zostałam wegetarianką. Na tokijskim – dwie laleczki kokeshi ze szkoły mistrza Usaburo Okemoto. Zanim otworzę tekst, odkurzam ich czarne gładkie główki. Na każdym biurku muszę mieć do pisania dzban zielonej japońskiej herbaty. Nigdy niczego nie jem przy pisaniu, nie podjadam. Nie piję alkoholu. Przyjemność pisania tekstu ma charakter erotyczny – do seksu i pisania przydaje się kąpiel i dbałość o ciało, piękny strój, choć akurat do pisania się z niego nie rozbieram. Mój strój roboczy to yukata, lekkie bawełniane kimono. Mam dużą zdolność koncentracji, ale wytrąca mnie z niej parę rzeczy, które są w moim domu stanowczo zakazane: gadający telewizor, zła muzyka, zapach smażonego mięsa. Gdy piszę, muszę mieć tekst wyjustowany z prawej i lewej strony, jak wezbrana sunąca szybko rzeka. Każdy inny układ mnie irytuje. Dopiero gdy książka jest gotowa, robię akapity i marginesy, ale pisząc zawsze wiem, gdzie powinny być. 

Gdyby był dumnym posiadaczem laleczek kokeshi, to być może odkurzyłbym ich gładkie główki, gdyby na moim biurku stała kocia czaszka, spojrzałbym na nią wspominając mój mało wegetariański obiad, ale niestety stukać muszę dalej, bez żadnej pomocy. A tymczasem w tej recenzji mam jak na razie przydługawy wstęp i obszerny cytat; gdybym był niepokornym dziennikarzem, to z pewnością straciłbym robotę.

Przyznaję, wpadłem w tę powieść jak w studnię. Co prawda entuzjazm trwał tylko niewiele ponad sto stron, ale zawsze lepsze to niż nuda i mozolne przebijanie się przez tekst, który ani nie ciekawi, ani nie wciąga.

Z kronikarskiego obowiązku krótko o fabule: młoda dziennikarka Alicja Tabor wraca do rodzinnego Wałbrzycha, żeby zebrać materiały do reportażu o zaginionych w tym mieście dzieciach. Czyli fabularnie pomysł cienki jak żyletka, nazwisko bohaterki również, jakby autorka chciała powiedzieć o niej: „To ja, ale tak nie do końca, no wiecie, inteligentni jesteście, ale w razie czego chętnie pomogę”.

Nim fabuła zaczęła mnie nudzić, a kolejne strony zaczęły dłużyć się niemiłosiernie moją uwagę przykuły porównania używane, a właściwie nadużywane, przez autorkę. Nic w tej powieści nie może normalnie, wszystko musi być „jakieś”. Garść przykładów, bo na razie wyśmiewam, oczerniam, a dowodów brak: "spojrzał  na  mnie  spod  krzaczastych  brwi  oczami  twardymi  jak  chitynowe pancerzyki", "w połowie drogi krajobraz pofałdował się jak wzburzona wiatrem woda", "a jej wargi nadymały się jak dwie opony tuż przed eksplozją" i tak dalej przez prawie pięćset stron. Właściwie można odnieść wrażenie, że pani Bator dysponuje jakimś niezwykle nowoczesnym programem do pisania, który nie puści autora dalej, jeśli ten na każdej stronie nie umieści kilku (choć pewnie czasami i kilkunastu) porównań.

I taka jak te porównania, jest cała powieść, niby błyskotliwa, a tak naprawdę niewiele w niej oryginalności, a jedynie powielane kalki. Jeśli Wałbrzych to bieda-szyby, wyprawy do centrum handlowego i ogólnie rozlewająca się zewsząd bieda (już bez szyby). Jeśli internet, to jadowity bluzg (trzy rozdziały będące zapisem internetowego czatu), jakby pani Bator chciała nam powiedzieć: „Zobaczcie jak się poświęciłam, przebiłam się przez ten netowy bełkot, przez jątrzący się z każdego słowa hejt, ja! Dla dobra mojej powieści, ja!” Tylko, że te trzy rozdziały nic tak naprawdę do fabuły nie wnoszą, a są przejaskrawione, wyolbrzymione i podejrzewam, że przez wielu czytelników, najnormalniej w świecie, pomijane. Nie podejrzewam, że autorka zrobiła to świadomie, ale muszę przyznać, że doskonale wcieliła w życie radę Mickey Spillane’a, który mówił: „Tylko jedna rzecz sprzedaje się lepiej niż przemoc: przemoc, połączona z seksem”. A przemocy w „Ciemno, prawie noc” jest sporo, seksu nieco mniej, ale za to główna bohaterka uprawia go... w śniegu, na wolnym powietrzu, w listopadzie... A po samym akcie, bohaterowie niczym nie zrażeni, a już na pewno nie zimnem, leżą sobie w tym śniegu. („Uniosłam się na łokciu i popatrzyłam na  Marcina. Leżał z zamkniętymi oczami, na jego ciemnych włosach osiadał śnieg. Między spodniami i bluzą zobaczyłam skrawek nagiego ciała i pępek. Był bardzo ładny.”) Zdaje się, że na moment zielona herbata pozbawiła Bator rozumu.

Być może rada Spillane’a to uproszczenie, bo przecież w „Ciemno, prawie noc” mamy jeszcze bohaterów z życiorysami bogatymi jak podręcznik do historii powszechnej, obraz przaśnego polskiego katolicyzmu, który z chrześcijaństwem ma niewiele wspólnego i mnóstwo kotów, które wylewają się z kart tej powieści, niemal równie obficie jak wspomniane wyżej porównania.

Są jeszcze kotojady, nie będę wyjaśniał kto to lub co to, ale wydaje się, że los naszych dachowców jest poważnie zagrożony. Teraz każdy aspirujący do miana pisarza adept, mając na uwadze sukces „Ciemno, prawie noc”, za punkt honoru uzna posiadanie kociej czaszki, jako źródła natchnienia, a w konsekwencji nagród i miana „Najlepszej Powieści Roku”, a że w naszym kraju coraz więcej autorów przypada na jednego czytelnika, to kocia egzystencja ma się czego obawiać. I jest to zagrożenie znacznie bardziej realne, niż wydumane kotojady z powieści Bator.

1 komentarz:

  1. Nieźle Ci to wyszło, milutki tekst :) Pewnie nie spodobałby mi się tak bardzo gdybym należała do fanów pani Bator czy Tabor. Miałam tą książkę przez chwilę, przejrzałam, odstraszył mnie ten netowy bełkot. W ostateczności, nie przeczytałam nic prócz pierwszego rozdziału. Ale jedno muszę przyznać Bator tytuł jest pierwsza klasa, brzmi tak intrygująco ...

    OdpowiedzUsuń

 
stat4u
 
Blogger Templates